W środku były pieniądze.
Nie jeden, nie dwa… gruby plik, związany gumką. Marina drżącymi rękami wyjęła je i rozłożyła na stole. Banknoty 100 i 200 lei, jeden na drugim.
Zaparło jej dech w piersiach.
— O mój Boże…
Zaczęła liczyć. Raz. Drugi.
Ponad 30 000 lei.
Usiadła na krześle, oszołomiona. Myśli wirowały jej w głowie. Za te pieniądze mogłaby opłacić czynsz na kilka miesięcy. Mogłaby zapełnić lodówkę. Mogłaby kupić ubrania dla Kiry.
Ale… dlaczego były tam ukryte?
Jej wzrok znów padł na koc. Taki czysty. Taki schludny. Nie wyglądał jak coś wyrzuconego na śmietnik.
Wtedy zrozumiała.
To nie były śmieci.
Były ukryte.
Marina nagle wstała i wyjrzała przez okno. Parking był pusty. Jeepa już dawno nie było.
Jej serce zaczęło bić szybciej.
— A co, jeśli wróci?
Przycisnęła pieniądze do piersi. Potem spojrzała na łóżeczko Kiry. Dziewczynka spała spokojnie, z rączką na kocyku.
I wtedy podjęła decyzję.
Następnego ranka wróciła na osiedle.
Stała przy bramie przez kilka minut, a potem podeszła do portiera.
— Halo… wczoraj w nocy jakiś pan w czarnym jeepie rzucił coś…
Portier uniósł brwi.
— Och, pan Ionescu. Mieszka na 5. piętrze.
Marina poczuła ucisk w żołądku.
Poszła na górę.
Stanęła przed drzwiami. Zawahała się. Potem zapukała.
Po kilku sekundach drzwi się otworzyły.
Ten sam mężczyzna. Elegancki. Zimny.
— Tak?
Marina z trudem przełknęła ślinę.
— Rzuciłeś wczoraj kocem…
Zamarł na ułamek sekundy.
— I?
Wyjęła kopertę z pieniędzmi.
— Były w środku.
Oczy mężczyzny lekko się rozszerzyły. Rozejrzał się, po czym cofnął o krok.
— Proszę.
Marina ostrożnie weszła.
— Dlaczego… tam byli? — zapytała.
Mężczyzna westchnął głęboko.
— To nie miało nikogo dotknąć.
Usiadł i przeczesał włosy dłonią.
— Miałem problemy… z niektórymi ludźmi. Bezpieczniej było ich tak ukrywać.
Uniósł na nią wzrok.
— Mogłaś ich zatrzymać.
Marina skinęła głową.
— Wiem.
— A jednak przyszedłeś.
Uśmiechnęła się blado.
— Mam małą córeczkę. Chcę, żeby dorastała wiedząc, co jest słuszne.
Po raz pierwszy mężczyzna wydawał się… ludzki.
Wziął pieniądze, położył je na stole, a następnie poszedł do innego pokoju. Wrócił z większą kopertą.
— Proszę.
Marina cofnęła się o krok.
— Nie…
— To nie litość. To szacunek.
Delikatnie otworzyła kopertę. W środku były pieniądze.
— 10 000 lei.
— Nie mogę…
— Możesz. Dla dziecka.
Marina poczuła, jak jej oczy wilgotnieją.
— Dziękuję…
Kiedy wyszła z mieszkania, świat wydał się inny.
Nie dlatego, że miała pieniądze.
Ale dlatego, że w końcu poczuła, że nie jest już sama przeciwko wszystkim.
W domu Kira śmiała się, otulona różowym kocykiem.
Marina usiadła obok niej i ją przytuliła.
— Będzie dobrze, kochanie…
I po raz pierwszy od dawna naprawdę w to uwierzyła.